1, 2, 3… bungee!!!

Chyba każdemu choć raz w życiu przyśnił się sen, że spada z dużej wysokości. Nie jestem przesądna, ani nie wierzę w symbolikę snów, ale podobno wiąże się on z obawą przed utratą kontroli nad jakimś aspektem życia. Na szczęście tego typu dylematy są mi obce, natomiast brak kontroli sytuacji stanowi często dodatkowe urozmaicenie codzienności.

Raz na jakiś czas uświadamiam sobie, że brakuje mi czegoś nowego, niespotykanego co pozostanie w pamięci na zawsze. Mimo to, że osobiście nie lubię takich snów postanowiłam spróbować tego w praktyce i skoczyć na bungee.

Zasadnicza różnica miedzy snem o spadaniu, a skokiem na bungee polega na tym, że lęk przeistacza się w paraliżujący strach, a brak kontroli dotyczy nie jednego, lecz wszystkich aspektów życia.

Ale może zacznę od początku. Ten pamiętny „wyskok” nie był moją pierwszą  przygodą z podniebnymi akrobacjami. Zaczęło się dość niewinnie, od paru zjazdów z mostów w Stańczykach koło Gołdapi. Było to naprawdę przyjemne i relaksujące doświadczenie, miałam pełną kontrolę nad prędkością zjazdu i w każdej chwili mogłam się zatrzymać i „lewitując” kilkadziesiąt metrów nad ziemią poczuć tą przestrzeń.

Sytuacja nie była jednak do końca komfortowa, gdyż cała akcja była organizowana przez znajomego, którego związki z tą „dyscypliną” ograniczały się do faktu, że jego ojciec był dekarzem, a także to, że tego typu zjazdy były zabronione ze względu na opłakany stan techniczny mostów.

Następnie, jeszcze w czasach studiów pracowałam przy organizacji imprez integracyjnych dla firm. W trakcie jednego z wyjazdów do Jury Krakowsko – Częstochowskiej organizowaliśmy w ramach jednej z „zabaw integracyjnych” skoki na bungee.

W trakcie rozstawiania sprzętu rzuciłam szefowej hasło, że fajnie by było skoczyć. Niestety nie spodziewałam się że jako pierwsza dostąpię zaszczytu testowania sprzętu! Cóż słowo się rzekło więc pozostało TYLKO ponieść tego konsekwencje, kolejna nauczka że najpierw trzeba myśleć, później mówić, a na końcu robić.

Jednak skok na bungee wymusza bezwzględne odwrócenie tej kolejności, trzeba odłożyć na bok rozsądek i po prostu skoczyć. Mój przypadek kliniczny był specjalny o tyle, że wyłączyłam myśli, skoczyłam z 60-metrowego dźwigu, a następnie zaniemówiłam. Przy okazji trafność pojęcia „nogi jak z waty” została przeze mnie osobiście przetestowana na własnej skórze, a właściwie nogach. Atrakcja została „odhaczona” i zaszufladkowana do kategorii „strasznie było ale się skończyło”.

Niestety po paru latach, pustkę mojej głowy ogarnęła TA myśl, że może warto by było odświeżyć wspomnienia. Postanowiłam „podnieść poprzeczkę” i skoczyć z wysokości 90 m w Warszawie. Można by pomyśleć, że drugi skok jest prosty jak bułka z masłem. Niestety, nic bardziej mylnego. Skacząc drugi raz musiałam się zmierzyć ze swoim największym wrogiem – pełną świadomością tego co mnie czeka!

Po szybkich formalnościach, ważeniu, oraz podpisaniu oświadczenia o stanie zdrowia oraz rezygnacji z potencjalnych roszczeń, stanęłam na krawędzi chyboczącej się klatki i zrobiłam to czego nie powinnam… zaczęłam analizować swoją sytuację.
Mój umysł natychmiast zaczął ogarniać wszystkie zawiłości fizyki oraz każdy metr dzielący mnie od ziemi.

Zdałam sobie jednak sprawę, że próba racjonalnego myślenia, w sytuacji gdy stoję prawie 100 metrów nad ziemią, wpięta w linkę w której pokładam całą swoją nadzieję, jest delikatnie mówiąc absurdalna. Zatem odsunęłam swoje myśli od skoku i skupiłam się na obserwacji horyzontu i pięknej panoramy Warszawy. Był to zabieg o tyle dobry, że nie odczuwałam tak wysokości. Gdyby nie „homonto”, które niemiłosiernie ciągnęło mnie w dół, mogłabym godzinami podziwiać ten widok.

Zebrałam się w sobie, zrobiłam wdech, przechyliłam się i poszybowałam w dół. Ziemia zaczęła się nieuchronnie szybko zbliżać, krzyk był bezskuteczny, prędkość oraz wtłaczane do płuc powietrze powodowało bezdech, a żołądek w gardle wcale nie był moim sprzymierzeńcem. Totalny brak kontroli nad swoim ciałem i sytuacją powoduje właściwie nie strzał, a eksplozję adrenaliny, natomiast umysł bezskutecznie skupia się na możliwości ucieczki.
W końcu słychać szmer napinanej liny, sytuacja wydaje się być chwilowo opanowana,   po czym następuje dosyć mocne szarpnięcie, ponowne ostre podbicie w górę i znowu niepewność czy lina leci ze mną czy obok mnie.
Dalsze opadanie, co prawda do lotów widokowych nie należy, ale jest już spokojniejsze i znacznie krótsze.

Ale właściwie, po co to wszystko?

Myśli samobójczych nie mam, ale za to mogę się pochwalić postępującym lękiem wysokości. Ponadto, im dłużej żyję na tym pięknym świecie, tym bardziej zaczynam sobie zdawać sprawę, że z każdym dniem mam coraz więcej do stracenia.
Brzmi to trochę paradoksalnie, szczególnie w kontekście artykułu o skokach na bungee, jednak to przeżycie i związane z nim emocje, są czymś wyjątkowym, co sprawia, że właśnie chce się żyć, doświadczać i czuć. Właśnie TO poczucie przestrzeni, którego nie potrafię opisać słowami, wsłuchanie się w bijący rytm serca, strach połączony z fascynacją, są nieporównywalne z żadnym innym odczuciem jakie jest się w stanie wyobrazić.. a na końcu ta satysfakcja, że przekroczyłam kolejną swoją granicę. Wiem, że zrobię to jeszcze raz, w końcu muszę dopracować technikę 😉

A tak to wygląda w praktyce…

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *